Z czasem się wszystko ustoi
Jacek Kleyff, „Huśtawki'.
Był czas zgiełku i czas ciszy; i muzyki.
Były potrójne korony i były jakieś rozpacze,
a zawsze w nich moce, które są ponad mnie.
Ile dostałem Miłości, której nie byłem wart,
mógłbym wymieniać jak nazwiska świadków
trwożne miejscowości, dziwne miana gwiazd
i łacińskie nazwy zgniecionych dzikich roślin.
Dość było czasu, i jeśli zostało go mało,
zdążyłem już dać odpowiedź wykrzyknikom diabła.
Gibkość mojego synka na żelaznych drabinkach,
szkolna tarcza zostawiona tam, dokąd szły pielgrzymki,
kwiat zostawiony tam, gdzie nikt już nie przychodzi.
Prawda, miotałem się. Wszystkie moje riposty
były ciosami na oślep. Wysokie mrzonki czerpałem
z niskich instynktów. Prawda. Ale byłem jak zwierzę,
które dostało rozumu i zapragnęło czegoś,
co stało w ludzkich świątyniach i ponad ludzkim prawem,
w niedorzecznym pięknie i w jaskrawej sprzeczności.
...
'Mit der Zeit beruhigt sich alles'
Jacek Kleyff: Die Schaukeln
Es gab Zeiten des Aufruhrs und Zeiten der Stille. Und die der Musik.
Es gab himmelhoch jauchzend und zu Tode betrübt,
und die Kräfte, die wirkten, waren stärker als ich.
Wie viel unverdiente Liebe habe ich erfahren -
als Zeugen rufe ich auf:
verängstigte Orte, die eigenartigen Benennungen der Sterne
und die lateinischen Namen zerdrückter, wild wachsender Pflanzen.
Zeit gab es zuhauf, und wenn auch nur wenig davon übrig blieb,
so hat sie gereicht, den Attacken des Teufels die passende Antwort zu geben.
Die Biegsamkeit, mit der mein Sohn sich an die Turngeräte schmiegte,
das Schulabzeichen liegt immer noch da, wohin die Pilger strömten,
und die Blume immer noch dort, wohin niemand mehr kommt.
Stimmt schon, ich war hin- und hergerissen. All meine Schläge gingen
ins Leere. All meine Gespinste speisten sich aus
niederen Instinkten. Stimmt. Doch ich glich einem Tier,
vernunftbegabt, das sich nach etwas sehnte,
was, menschlichem Richtspruch entzogen, in deren Tempeln hauste,
in widersinniger Schönheit wie auch in krassem Widerspruch.
...
No, pociągu, stary byku, nuże, nieś mnie!
Chciałbym się przeżegnać przed podróżą, ale nie śmiem.
Za oknami kwiczą już nazwami stacje.
Moje życie jest jak bardzo biały wiersz, same spacje.
...
Kra płynie rzeką i chrzęści.
Mielą się zęby i pięści.
Ścisnąć tak, ścieśnić, zagęścić
język, by chociaż po części
upchnąć w nim wstyd, i nieszczęście.
Triumfuj, zwycięski kaleko.
Cześć iksom. Chwała igrekom.
Kra chrzęści i płynie rzeką.
Zbrylone, mordercze mleko.
Morze jest już niedaleko.
...
Eine Eisscholle knistert, läßt sich treiben im Fluß.
Gemahlene Zähne und Fäuste zum Schluß.
Aber eine Sache, die möglich sein muß:
Die Sprache so zu verdichten, daß ohne Verlust
Platz darin wäre für die Scham, das Unglück und den Verdruß.
Triumphaler Krüppel, du bist gebenedeit.
Ehre dem X. Und dem Ypsilon Herrlichkeit.
Knistern und Knacken - eine Eisscholle treibt
in breiiger, tödlicher Milch. Es ist Zeit.
Und das Meer ist gar nicht mehr weit.
...
Szumią ogródki piwne zarybione ludźmi.
Pod drzwiami USC rozsypany ryż.
O, jest już młody bób po pięknych, wysokich cenach.
W publicznych wodach płodowych pływają przechodnie.
Podejrzane to wszystko jak szept w oranżerii.
Przez plac przy świątyni przejeżdża w żółtym mini
dziewczyna na rowerze, pewnie w dobrej wierze.
Ogląda się za kaleką, który ogląda się za nią
i tak bełkocze, że w końcu sam sobie przerywa.
Nad bankiem wiszą widma niespłaconych kredytów.
Rolady dolarów przechodzą z rąk do rąk.
Nóż się otwiera w kieszeni i wszyscy skrzywdzeni milkną.
Dzieciaki na ulicy bawią się kośćmi rodziców.
Krzywią się perspektywy, widoki łżą widokom.
Autobus wyskubuje pędy panienek z przystanków.
Żule leżą w akacjach jak nieogolone królewny,
palą carmeny, spijają miód z kolońskich wód.
Ktoś próbuje rozpaczać, bo rozpacz się opłaca.
Po korytarzach ratusza krążą łapówki, aż szumi,
do ryżu przychodzi sprzątaczka i już, pozamiatane.
...
Die Biergärten rauschen. Wie Netze mit Fischen sind sie mit Menschen gefüllt.
Verstreuter Reis liegt vor der Tür des Standesamtes.
Ach, junge Bohnen gibt es schon - zu entsprechend üppigem Preis.
Fußgänger schwimmen im Fruchtwasser der Öffentlichkeit.
Alles ziemlich verdächtig, und ein vernehmliches Flüstern in der Orangerie.
Im gelben Minirock ein Mädchen; und als sie auf dem Rad über
den Kirchplatz fährt, sind ihre Absichten sicherlich gut.
Sie schaut sich nach dem Krüppel um, der wiederum ihr nachschaut
und dabei so entschlossen brabbelt, daß er sich schließlich selbst unterbricht.
Über dem Bankhaus hängen Gespenster gewährter, ungetilgter Kredite.
Gerollte Dollarbündel wandern von Hand zu Hand.
In einer Tasche geht ein Messer auf, das Prekariat hüllt sich in Schweigen.
Auf der Straße würfeln die Kinder mit den Knochen der Eltern.
Verzerrte Perspektiven; die eine Aussicht straft die andre Lügen.
An den Haltestellen pickt sich der Bus junge Mädchenknospen heraus.
Unter den Akazien liegen, wie unrasierte Prinzessinnen, die Penner herum.
Sie rauchen Carmen-Zigaretten und trinken feinstes Köllnisch Wasser.
Weil sich Verzweiflung wieder lohnt, versucht man, verzweifelt zu sein.
Auf den Rathausfluren kreisen Bestechungsgelder, daß es nur so rauscht.
Die Putzfrau kehrt den Reis zusammen. Das Schlimmste, heißt es, kommt erst noch.
...
Zwiedzanie innych krajów.
Słuchanie innych języków.
Wstawanie o innych porach.
Z kim innym poranna kawa.
Inne marszruty, inochód.
Chwasty i ich inny zapach.
Dziecko z inną kobietą.
Dyskusja na innym poziomie.
Inne codzienne zwyczaje.
Inaczej świszczący oddech.
Inaczej: zmiennopłatowiec.
Inaczej. Inaczej. Inaczej.
...
Andere Länder besuchen.
Andere Sprachen hören.
Aufstehen zu anderen Zeiten.
Morgenkaffee mit jemand anders.
Andere Routen, Paßgang, Andergang.
Unkraut und sein anderer Duft.
Ein Kind mit einer anderen Frau.
Diskussion auf völlig anderem Niveau.
Andere Routinen.
Anders pfeifender Atem.
Ganz anders: Flugschrauber.
Anders. Anders. Anders
...
Z balkonu patrzę na miasto,
puste kartony bloków, zatrzymaną rzekę,
wieże katedry, ratusza, kościoła Franciszkanów
jak ołówki sterczące na biurku kreślarza
w pustym gabinecie. Czasem gdzieś skrzypnie
mechanizm niewidzialnego, porozumiewawczo pisknie
auto, do którego idzie z kluczami właściciel,
z powodu niedzieli ledwo toczy się życie.
Gdzie indziej poczyna się piękno, z innego spojrzenia.
Tryumf powoli i jawnie w klęskę się przemieniał.
Masz jeszcze jakąś rozpacz do opowiedzenia?
...
Vom Balkon herunter schau ich auf die Stadt,
auf die ausgestorbenen Wohnblockwaben, den trägen, stehenden Fluß,
auf die Türme der Kathedrale, des Rathauses, der Franziskanerkirche
- Bleistifte, die aus dem Schreibtisch eines Zeichners ragen,
ansonsten ist das Arbeitszimmer leer. Manchmal quietscht irgendwo
der Mechanismus der Unsichtbarkeit, dann piepst verschwörerisch
ein Auto, wenn sich sein Halter mit dem Schlüssel nähert.
Es ist Sonntag, das Leben schleppt sich so dahin.
Woanders kommt das Schöne zur Welt - alles nur eine Frage des Blicks.
Langsam und in aller Öffentlichkeit geriet Triumph zur Niederlage.
Hast du noch irgendeine andere Verzweiflung zu bieten?
...
Chwalmy Pana. Jest dobry. Na wieki wystarczy Mu łaski.
Zbudował w mądrości niebiosa, by Ziemię wyrzucać z posad.
To On nie słucha tych skamleń, na sercach osadza nam kamień,
gromadzi w bukłakach łzy nasze, rachuje noce tułaczom.
Pozwala rodzicom patrzeć, jak wiją się w ogniu ich dzieci,
grzmi, aby okazać sprzeciw, w niebieskich buja obłokach,
spogląda na ból nasz z wysoka i pewnie potępia Holocaust.
Chwalmy Pana. Bezbożnych nabija na Boże rożny.
Skruszonym pomnaża plony, naprawia zgwałcone żony.
Zabrał pięć córek Hiobowi. Dał dziesięć. I to nowych!
Bóg pomsty. Sędzia ziemi. Uczynił wielkie światła,
abyśmy lepiej poznali, jak pięknie wszystko pogmatwał.
Chwalmy za huragany, wulkany i tsunami.
Chwalmy za wynalazki stworzone z Jego łaski,
za kazamaty, galery, pałkę na prąd i iperyt.
W potężnych miażdży żarnach ziarna najmniejszych grzechów,
wysoki, czysty hieroglif w brudnej czytance oddechu.
Większy od encyklopedii, encyklik. Miech nadął,
by każdą wygasłą Miłość jeszcze rozdmuchać zdradą.
Wnosi pioruny do domostw i noże na wesela,
a potem wynagradza wszystko w beztroskich niedzielach.
Dobry jest i łaskawy. Wysłuchał Okudżawy.
Stworzył tchórzowi konia i o mnie nie zapomniał.
...
O, ile starych kurew! I tyluż sukinsynów.
Łączą się w pary w paranoicznym gibie.
Aż sprawdzam godzinę i gazetową czcionkę.
A, charytatywny bal „Gwiazdorskie ostatki"!
Na scenie to samo przez całe moje życie.
Pokurcz klika w klawisze klejąc kluski nut
z farszem fałszu. Perkusista, lat trzysta, rżnie solo ostrożnie
jakby jadł pałeczkami mózg kota z bębna jak z woka.
Trzy czwarte ekranu zajmuje ogromne wokalne monstrum,
wisi na mikrofonie jak przy palu męczarni
wzruszone bzdurą szlagwortu dla gruźliczek z kurortu:
„Do tanga trzeba dwojga, a świat złożony jak pies".
Nażreć się i zaszaleć. I niech nas na starość pokażą.
I niech się to wszystko skończy szczęśliwym bisem i gażą.
Śpiewa z wysiłkiem, jak gdyby przymierzał się do srania.
I między nimi jest ona, i to jest najgorsze.
...
Stół do bilarda oświetlony jak stół operacyjny,
pstry trójkąt piętnastu bil, trupie piosenki Freddiego Mercury,
żółć sztucznych frezji. Na włosach Magdy stopniał pierwszy śnieg.
Matka jej przyjaciółki zginęła wczoraj w kraksie, ta mgła,
ta śmierć wciska się od rana między nas na trzeciego.
Na szkolnym murze, za którym nauczyciele bez przekonania próbują
przekonać uczniów do sonetów Petrarki, niewidzialna ręka
nabazgrała: „Pierdol Barbie aż się zgarbi". Ładne.
Miasto wygląda na opuszczone, zmierzch zajmuje je bez wystrzału.
Pierwsi bilardziści przychodzą, wyjmują ze stojaka
czarodziejskie kije, wyważone oszczepy, bielą końce kredą,
teraz się zacznie.
...
***[Był czas zgiełku i czas ciszy; i muzyki]
Z czasem się wszystko ustoi
Jacek Kleyff, „Huśtawki'.
Był czas zgiełku i czas ciszy; i muzyki.
Były potrójne korony i były jakieś rozpacze,
a zawsze w nich moce, które są ponad mnie.
Ile dostałem Miłości, której nie byłem wart,
mógłbym wymieniać jak nazwiska świadków
trwożne miejscowości, dziwne miana gwiazd
i łacińskie nazwy zgniecionych dzikich roślin.
Dość było czasu, i jeśli zostało go mało,
zdążyłem już dać odpowiedź wykrzyknikom diabła.
Gibkość mojego synka na żelaznych drabinkach,
szkolna tarcza zostawiona tam, dokąd szły pielgrzymki,
kwiat zostawiony tam, gdzie nikt już nie przychodzi.
Prawda, miotałem się. Wszystkie moje riposty
były ciosami na oślep. Wysokie mrzonki czerpałem
z niskich instynktów. Prawda. Ale byłem jak zwierzę,
które dostało rozumu i zapragnęło czegoś,
co stało w ludzkich świątyniach i ponad ludzkim prawem,
w niedorzecznym pięknie i w jaskrawej sprzeczności.