Cykady całą noc mierzyły czas
a ja nie mogłem dobiec do snu.
Byłem spóźniony o trzy godziny,
potem o cztery, potem pięć.
Liczyłem, że czas się sam wyłączy,
pozwoli jakoś dojść do mety.
A jednak i przez wiatr słyszałem
jak niemiłosiernie stukał, dudnił,
to znaczy tykał bez miłości.
I wcale nie śpiąc śniłem, że się spieszę,
choć niby wiem, że pośpiech na nic.
Na nic się nie zda, na nic, na nic,
wołałem refren, jakbym grał staccato
lub własną nogą szarpał strunę skrzydła.
Wtedy odkryłem, że to ja czas mierzę,
pocieram przestrzeń, tykam od środka,
że zasnąłbym na dobre, gdybym przestał.
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem