Z balkonu patrzę na miasto,
puste kartony bloków, zatrzymaną rzekę,
wieże katedry, ratusza, kościoła Franciszkanów
jak ołówki sterczące na biurku kreślarza
w pustym gabinecie. Czasem gdzieś skrzypnie
mechanizm niewidzialnego, porozumiewawczo pisknie
auto, do którego idzie z kluczami właściciel,
z powodu niedzieli ledwo toczy się życie.
Gdzie indziej poczyna się piękno, z innego spojrzenia.
Tryumf powoli i jawnie w klęskę się przemieniał.
Masz jeszcze jakąś rozpacz do opowiedzenia?
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem