Urodzony w cieniu gór,
syn Wadowic,
kroczył ścieżkami naznaczonymi wojną,
jego ojczyzna dźwigała ciężar milczenia.
Uczeń tego, co świéte I ludzkie,
szeptał modlitwy w lasach,
ukrywając się przed siłami,
które niszczyły to, czego nie rozumiały.
Pasterz słów i wiary,
jego głos wznosił się tam, gdzie mury dzieliły,
stała dłoń,
prowadząca dusze ku większemu światłu.
Niôsł ciężar smutków świata,
pielgrzym w bieli,
jego kroki odbijały się echem w miastach,
na pustyniach,
w złamanych sercach.
Kula zamachowca dosięgła go,
ale łaska trzymáła go w równowadze,
jego przebaczenie było niezłomną tarczą,
jego życie świadectwem miłosierdzia.
W Rzymie stał jak skała,
niewzruszony w burzach czasu,
most między wiekami,
między wiarą a tęsknotą milionow.
Choć ciało uginało się pod cięzarem lat,
jego duch pozostał niezłomny,
latarnia w nocy,
aż cisza go objęła,
a świat opłakiwał człowieka,
który nigdy nie przestał wierzyć.
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem