Poranek budzi się cichym szeptem,
światło rozlewa się po dachach jak
sekret zdradzony zbyt wcześnie.
Rzeka porusza się, srebrzysta i niespokojna,
niosąc szepty wczorajszego dnia w
dół strumienia.
Cienie cofają się w zaułki,
bruk nagrzewa się pod niepewnymi krokami.
Góry patrza, stare i cierpliwe,
gdy kolejny dzień zaczyna się bez pytania.
Gdzieś okno skrzypi cicho,
para kawy unosi się w rześkim powietrzu.
Miasto oddycha głęboko,
przeciągając się do przebudzenia,
a słońce wspina się wyżej,
niespieszne, nieuniknione.
Głuchołazy szepczą w złotym świetle,
ich ciche serce bije pod ciężarem czasu.
Kominy wypuszczają historie w niebo,
a wiatr niesie je poza wzgórza.
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem