Spuszczasz gałązkę, dmuchasz w liść,
otwierasz bezszelestne drzwi do przytłumionego światła,
które nie zdradza czy dzień zbliża się ku końcowi,
czy też zbiera się na poranną burzę:
twój palec dotyka mej twarzy,
sunie po czole, wędruje autostradą nosa,
na brodzie napotyka nieczynny wulkan
i sprawdza ciepło ciemnej krawędzi.
Spuszczasz gałązkę, dmuchasz w liść,
ale ześlizguje się na poduszkę
i otwierają się drzwi,
cicho skrzypiąc:
Och, wybacz kochanie, stuknęła mi trzydziestka,
zaczynam używać
kremu na noc, marki Afrodyta -
moje wieczorne pocałunki są tłuste,
twoje palce ślizgają się
i potykają na mojej twarzy
jak niepewni mali łyżwiarze,
pierwszy raz
na jeszcze niepewniejszym pierwszym lodzie,
pod którym wciąż można dojrzeć
jakiś zagubiony spławik
i kilka odważnych,
choć drobnych rybek.
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem