W ciszy spotykam siebie,
cichego świadka mojego istnienia.
Jest światło, miękkie i ciepłe,
lecz cienie czają się w jego cieniu.
Dobro we mnie mówi łagodnie,
głos życzliwości,
stała dłoń wyciągnięta na zewnątrz,
gotowa naprawiać, leczyć.
A jednak w tym samym naczyniu
zbierają się burze-
gniew ostry jak rozbite szkło,
zwątpienie ciężkie jak kamień.
Siedzę z oboma,
ani wrogiem, ani zbawcą.
Jasność nie wymazuje ciemności,
ani ciemność nie pochłania światła.
Pytam siebie:
Co może wyrosnąć w tej równowadze?
Jakie ziarno mogę zasadzić,
które nie uschnie w skrajnościach?
Odpowiedź nie tkwi w odcięciu
tego, co skazane, od tego, co doskonałe,
lecz w splataniu ich razem,
by stworzyć całość z rozbitych części.
Oddycham,
wybierając przy każdym wydechu-
by złagodnieć,
uspokoić się,
zacząć od nowa.
This poem has not been translated into any other language yet.
I would like to translate this poem